
Strona 1 z 2 Wycieczka w masywie Monte Rosy : Jagerhorn. Monte Rosa wznosi swój najwyższy wierzchołek zwany Dufour Spitze na wysokość 4634 mnpm, w Alpach Penińskich, na granicy włosko - francuskiej. Jest zatem drugim szczytem Europy pod względem wysokości. Jako, że wybierałem się do przyjaciół we Włoszech, w sąsiedniej dolinie Antrona, zacząłem zastanawiać się nad możliwością wejścia na M. Rosę. Nie posiadałem żadnych przewodników po tamtym rejonie, ani opisów dróg, mimo to podjąłem ryzyko targania ze sobą kupy sprzętu, który mógł się wcale nie przydać. Biorąc pod uwagę solowo - eksploracyjny charakter "wyprawy", oraz to , że wyjeżdżałem pod koniec października prawdopodobieństwo porażki było spore. Nie zabierałem ze sobą liny - było to ponad możliwości moich dwóch plecaków i moje. Postanowiłem poruszać się jedynie względnie łatwym terenem, który pozwoli na zejście tą sama drogą. Sposobność nadarzyła się wkrótce po moim przyjeździe do Włoch. Spakowałem sprzęt biwakowy, wspinaczkowy, 2 chińskie zupy, 2 czekolady, paczkę kandyzowanych śliwek i fotoaparat Zenit. Wyruszyłem z osady Cheggio około południa, 31 października. Pogoda była dobra. Tego dnia nie udało mi się dotrzeć do sąsiedniej doliny Anzasca. Nie trafiłem na szlak i brnąc przez chaszcze, a później korytem potoku, zgubiłem mapę, którą kupiłem za 10 tys. lirów. Miałem na szczęście drugą, wojskową, szwajcarską. Kiedy zastanawiałem się, w którą stronę udać się dalej z opuszczonej kopalni złota Alpi Trivera, była ok. 17. Później znowu trochę błądziłem i ok. 21 dotarłem na przełęcz Cianghin (2218), gdzie rozbiłem namiot. Topiąc śnieg na herbatę, podziwiałem rozgwieżdżone niebo i światła wiosek w dole po obu stronach grani. Moja ekstremalna irytacja (nazwałbym to prościej) z powodu straconej połowy dnia, mijała wobec piękna krajobrazu i komfortu samotności. ![]() Nazajutrz oglądałem wschód słońca, który zapierał dech w piersiach. Po obfotografowaniu zjawiska, zacząłem schodzić. Niestety w drodze do Valle Anzasca, niemiła sytuacja z powszedniego dnia powtórzyła się. Prowadziłem w dół direttissimy dziewiczymi trawami (jeśli pominąć kozie bobki) czasami w bardzo stromym terenie, mijając opustoszałe 'bacówki" z kamienia. Kijki oddały mi tu nieocenione przysługi. O tym, że złażenie po prawie pionowych chęchach może przysporzyć silnych emocji, przekonałem się, kiedy wyważony ciężarem plecaka, wyjechałem z czujnych chwytów na wystającej tu i ówdzie, spod bujnej roślinności skale. Wystraszony znalazłem się nieco niżej na pochyłej płycie, spojrzałem na następny przystanek jakieś 80 m. w dół, w kolczastych krzakach i uschniętych pokrzywach. Trudno powiedzieć, dlaczego nie znalazłem się tam, razem z tym cholernym plecakiem. Przygoda ta kosztowała mnie utratę grubej warstwy skóry na dwóch palcach, która nie wytrzymała konfrontacji z ostrym granitem i ciężarem. Dokuczało mi to później, szczególnie po zgubieniu rękawiczki. Kiedy w końcu dostałem się na szlak, wszystko poszło jak z płatka. Po około dwóch godzinach szybkiego marszu byłem w dolinie, w Ponte Grande. Wypiłem piwo, zjadłem loda i batona, złapałem stopa do Pecetto, ostatniej miejscowości w dolinie. Tu zjadłem w restauracji spagetti (5400 l.) i wypiłem kawę oraz zrobiłem zapas 3 snikersów. Niestety, nie mogłem powiadomić znajomych, że mój pobyt w górach się przedłuży, ponieważ ich numer telefonu miałem zapisany na zgubionej mapie. Pogoda była dobra, więc nie zamierzałem tak szybko rezygnować. Wg prognozy miała utrzymać się jeszcze przez 1-2 dni. |
Ostatnio dodane
Najczęściej czytane
Kto jest on-line
Naszą witrynę przegląda teraz 8 gości i 1 użytkownik- bogus1983
Logowanie

Copyright © 2007 - 2010 KW Bydgoszcz





