
| Civetta |
| wtorek, 14 kwietnia 2009 07:29 | ||||||
Strona 1 z 2 Civetta Przez prawie cały nasz pobyt w Dolomitach nie dawała o sobie zapomnieć. Widoczna z każdego miejsca, gdzie byliśmy, dumnie ukazywała swoją północno-zachodnią ścianę. Tę ścianę, która w latach sześćdziesiątych stanowiła wyzwanie dla wielu, również polskich wspinaczy. Uroda tej góry była tak potężna, że nie mogliśmy przepuścić okazji i nie spróbować się z nią. Przewodnik ostrzegał, siedem - osiem godzin na górę z Pala Favera (zwanego niekiedy Palafavera), co najmniej cztery na dół. I to wszystko najbardziej klasyczną via ferratą degli Alleghezi, zaś zejście tak zwaną Via. Normale (o nasza naiwności! jest to "normale" na miarę Dolomitów). Bardzo malowniczymi drogami przenieśliśmy się zatem z Alba pod Marmoladą do Pala Favera podCivettą.
![]()
 Nocleg wypadł nieszczególny, bo jedyne rozsądne miejsce do rozbicia namiotu zajęli jacyś Czesi, a jakoś nie ciągnęło nas na komfortowy camping po drugiej stronie drogi. Bladym świtem zerwaliśmy się, wrzuciliśmy niezbędny sprzęt do plecaczków i patrząc na wyłaniające się poranną różowością ściany Civetty wciągnęliśmy zdrowe śniadanko. Szykowaliśmy się na ciężki dzień. Ruszyliśmy po wschodzie słońca, początkowo drogą, a potem świeżo zbudowanymi nartostradami. Te nartostrady wyjaśniły nam powód zamknięcia dojazdu do polany pod przełęczą Alleghe. Oszczędzałoby to godzinę marszu w każdą stronę. Na polanie, przy gospodarstwie ekologicznym weszliśmy na ścieżkę prowadzącą do schroniska Coldai. Z niepokojem patrzyliśmy na pojawiające się pierwsze chmurki wokół szczytów. Takie wczesne nie wróżyły najlepiej. Postanowiliśmy jednak zaryzykować. Ze schroniska wyszliśmy na długi trawers prowadzący do początku via ferraty. Nad nami zaczęły się tworzyć chmury i po chwili szczyt zniknął. Długi trawers prowadził przez kilka kotłów i schodzących z grani żeber. Trzeba było znaleźć ten właściwy kocioł. Mapa skończyła się nam nieco wcześniej, musieliśmy więc polegać na opisach przewodnikowych. Wreszcie - jest. Za kolejną przełączką w żebrze pojawia się kocioł zgodny z opisem. Niestety, ściany ucięte od góry przez chmurę. Podchodzimy pod początek ubezpieczeń mając nadzieję, że "się przetrze". Nadzieja oparta była na obserwowanych co jakiś czas oknach w chmurze. Przed nami trzech Włochów właśnie kończyło szpejenie. Spojrzeli na nas, kiwnęli ręką na powitanie, po czym beztrosko rzuciwszy opakowania po jakiś batonikach wpięli się w stalówkę i ruszyli. Jakiś czas później wyruszyliśmy i my. Pierwsze kroki od razu czujne. Pionowa ścianka przechodzona po sztucznych ułatwieniach, bynajmniej nie najprostsza i nie najprzyjemniejsza. Ale potem - marzenie! Długie ciągi częściowo tylko ubezpieczonego, urozmaiconego terenu. Ubezpieczenia miejscami aż za dobre. Trzeba przepinać się co dwa, trzy metry. Cierpliwość wystawiana jest na próbę, bo teren nie jest aż tak trudny. Jest jednak dokąd spaść, więc grzecznie podporządkowujemy się projektantom drogi. Wspinaczka prowadzi stromymi żlebami, potem trawers na krótką ściankę, znowu ciąg rynien i krótki wytężający kominek. Ferrata nie najtrudniejsza, ale bardzo przyjemna. Idziemy, czując sprawność i wysiłek całego ciała. Szybko zdobywamy wysokość. Powoli zaczynaliśmy wychodzić na ostrze grani. Obiecywaliśmy sobie piękne widoki, jakie zwykle bywają w Dolomitach, ale zazdrosna o swe wdzięki Civetta nie pozwoliła podziwiać nic prócz siebie, otaczając się szczelnie chmurami. Tylko czasami, na moment otwierało się okno. Trochę obawialiśmy się pobłądzić we mgle, bo w odróżnieniu od innych ferrat lina towarzyszyła nam tylko na co trudniejszych fragmentach, ale nie było źle. Droga prowadziła w logiczny sposób, tylko gdzie niegdzie trzeba było wytężyć inteligencję i spostrzegawczość. Na grani zrobiło się łatwiej. Cały czas ostro robiliśmy wysokość, ale było to raczej pokonywanie kolejnych progów na bardzo stromym stoku. Od czasu do czasu ścieżka trawersowała co trudniejsze odcinki grani, omijając niektóre z jej kulminacji. Spieszyliśmy się bardzo, niepewni pogody. W tym spieszeniu pomagała nam kondycja wyrobiona przez półtora tygodnia pobytu w górach. Kiedy zaczęła się rysować już kopuła szczytowa, dogoniliśmy Włochów, którzy ruszyli przed nami spod ściany. Kilkadziesiąt metrów dalej minęliśmy grupkę posilających się starszych panów, chyba Niemców. Ruszyli za nami wcale żwawo. Idący przed nami Włosi coś poknocili z przebiegiem drogi i niespodziewanie znaleźliśmy się na czele większej grupy. Próbowaliśmy oderwać się, bo niektórzy używali stalówki jako poręczy. Na tych odcinkach nie jest ona zbyt sztywno mocowana i wahała się w takt przechwytów idących ludzi. Robiło się odrobinę niebezpiecznie, bo kiwająca się lina łatwo mogła zrzucić z wąziutkiej w końcu ścieżki. Na szczęście starsi panowie wykazali się zrozumieniem i zaczęli przeczekiwać miejsca, gdzie lina mogła stanowić niebezpieczeństwo. Przyjęli najskuteczniejszą metodę jednej osoby na odcinku między hakami.
|
Ostatnio dodane
Najczęściej czytane
Mecenas Klubu

Â
Kto jest on-line
Naszą witrynę przegląda teraz 6 gościLogowanie

Copyright © 2007 - 2012 KW Bydgoszcz
Created by: Pozycjonowanie Bydgoszcz 






